środa, 20 czerwca 2018

Akcja #CoPoMaturze - moja historia

Socjopatka i Blue-kangaroo na swoich blogach zorganizowały akcję #CoPoMaturze, aby pomóc maturzystom podjąć decyzję o ich przyszłości zawodowo-edukacyjnej. Pomyślałam, że ja też opiszę swoją historię. Każdy, kto ma kanał w social mediach może dołączyć do akcji, pamiętajcie o hashtagu #CoPoMaturze.

Wpisy dziewczyn oraz więcej o akcji poczytacie tutaj: Blue-kangaroo.pl i Socjopatka.pl



W tym roku minęło 13 lat od mojej matury. Byliśmy pierwszym rocznikiem, który skończył podstawówkę po sześciu klasach, pierwszym rocznikiem gimnazjum (nasze gimnazjum wydzielono ze szkoły podstawowej podczas jednych wakacji), pierwszym rocznikiem nowego 3-letniego liceum oraz oczywiście pierwszym rocznikiem Nowej Matury. Główna różnica pomiędzy nową a starą maturą polegała na tym, że prace nie były już sprawdzane przez naszych nauczycieli, lecz kodowane i sprawdzane w okręgowych komisjach egzaminacyjnych (OKE), w naszym przypadku - w Jaworznie. Od tamtej pory krytykuje się konieczność wstrzelenia się w klucz z języka polskiego, możliwość kupowania prezentacji maturalnych, standardowe opisy obrazka na ustnym języku obcym (czy w normalnym życiu kiedyś użyłaś tej umiejętności, choćby po polsku?) itd. Wiele osób narzeka na to, że matury trwają cały miesiąc, że na wyniki trzeba czekać tak długo, że matematyka jest obowiązkowa itd. Ale jakoś żyjemy. Ale gdy kurz trudów egzaminacyjnych opadnie, trzeba zdecydować, co dalej...

13 lat od matury minęło, a ja mam wrażenie, że studiowałam - oczywiście z przerwami - przez cały ten czas. Niedawno jedna moja uczennica zapytała mnie "to ile ma pani lat, jak pani tyle studiowała?" :D Przemilczałam, ale możecie sobie policzyć ;) Czy było warto? Jasne, że tak! Z tym, że ja lubię studiowanie dla samego studiowania, nie lubię zaliczeń i egzaminów, ale lubię chodzić na wykłady i ćwiczenia i dowiadywać się czegoś nowego. Dla niektórych studia to czas, aby się "wyszaleć", chodzić na imprezy i eksperymentować z różnymi substancjami. Ja jakoś nigdy nie miałam takich ciągot. Dla innych z kolei to czas, aby w ramach Erasmusa czy innych wymian, trochę popodróżować. Tutaj myślę, że mogłam bardziej skorzystać. Jednak wydaje mi się, że nie każdy musi iść na studia, nie każdemu jest to potrzebne, a niektórzy wręcz męczą się na studiach i lepiej czuliby się w pracy.

Moje marzenia z dzieciństwa...

A zatem, przeczytajcie moją historię, która chronologicznie wyglądała tak:

1. LICEUM

Zacznę od liceum, bo przecież wtedy zaczęłam myśleć o maturze i o tym, co dalej. Chodziłam do liceum w mojej małej miejscowości, powiedziałabym o średniej renomie i... nie żałuję. Miałam do szkoły blisko, na nogach codziennie szłam 15 minut. Miałam iść do słynnej Malczewskiej, szkole cieszącej się wysoką renomą w regionie, nie wiem dlaczego, ale wówczas ambitniejsi uczniowie zwracali na to uwagę, choć wydaje mi się, że nadal zwraca się na to uwagę. Z perspektywy czasu myślę, że renoma, prestiż, miejsce w rankingach nie ma zbyt dużego znaczenia, a liczą się ludzie - uczniowie, nauczyciele, możliwości wymiany międzynarodowej, dodatkowe zajęcia i koła zainteresowań oraz dobra atmosfera. Moi rodzice jednak wyperswadowali mi tę szkołę, ponieważ musiałabym dojeżdżać dość daleko autobusem, pomiędzy miastami, które nie są zbyt dobrze skomunikowane. Dzisiaj wiem już, że mieli rację i za tą ingerencję jestem im wdzięczna. Może inaczej jest w dużym mieście, ale cieszę się, że wówczas nie zdecydowałam się na tamtą szkołę, mimo że się dostałam.

Chyba pod koniec gimnazjum wiedziałam już, że chcę studiować filologię angielską, ale nie chcę być nauczycielem ;) W liceum mieliśmy bardzo dobrą nauczycielkę, 5 zajęć z angielskiego w tygodniu i podręcznik Enterprise do dyspozycji (do dzisiaj bardzo go lubię). Na lekcjach mieliśmy bardzo dużo kartkówek ze słówek, dzięki temu bardzo dużo się wtedy nauczyłam. Lubiłam również tematy społeczne typu kara śmierci, bezdomność, legalizacja broni. W liceum w klasie II chodziłam przez rok do szkoły językowej, gdzie pracowaliśmy na podręczniku SpeakOut. Było to dobre poszerzenie i usystematyzowanie wiedzy zdobywanej w szkole. W III klasie chodziłam na prywatne lekcje do innej dobrej nauczycielki, pracowałyśmy na repetytorium do matury, pisałam dużo prac pisemnych i rozwiązywałam sporo ćwiczeń, aby jak najlepiej zdać maturę. Były też jakieś olimpiady z języka angielskiego, a nawet... konkurs piosenki obcojęzycznej, w którym śpiewałam Dido, ale myśl o karierze piosenkarki na szczęście porzuciłam ;)

Maturę zdawałam również z historii sztuki. W pierwszej chwili chciałam zdawać historię, ale ilość materiału oraz nauczyciel trochę mnie przerazili.  Dlatego nad historią sztuki pracowałam z moją nauczycielką szkolną, która wspierała mnie dodatkowymi zadaniami i pracami, czytałam dużo o malarstwie, architekturze i rzeźbie. Dobrze wchodziła mi ta wiedza, jestem wzrokowcem i łatwo było mi zapamiętać te wszystkie obrazy i Większość książek było trudno dostępnych, szukało się gdzieś po antykwariatach, bibliotekach, nie mieliśmy internetu, o Allegro wtedy mało kto słyszał.

A język polski? Dobrze mi szło z polskiego, bardzo lubiłam ten przedmiot, pisaliśmy dużo wypracowań, również na poziomie rozszerzonym. Mam humanistyczną duszę, więc były to dla mnie bardzo przyjemne zajęcia. Czytałam większość lektur (nie przeczytałam "Potopu") i ogólnie dużo książek. Prezentacja była dla mnie stresująca, ale oczywiście mówiłam o "Władcy Pierścieni" i jeszcze o "Mistrzu i Małgorzacie". Zawsze lubiłam pisać, jeszcze w gimnazjum współtworzyłam gazetkę szkolną. Pisałam pamiętnik, ale tylko dla siebie ;) Brałam udział też w kilku konkursach na prace pisemne, które pisało mi się bardzo dobrze.

Były jeszcze wyjazdy. Ta szkoła dała mi możliwość wyjazdów na kilka zagranicznych konferencji tzw. MUN (Model United Nations). Tak, jak dzieci mają swój Sejm raz w roku, tak młodzież z całego świata przyjeżdżała do jednej szkoły i obradowała niczym prawdziwe posiedzenie ONZ na tematy, które trapią największe polityczne umysły tego świata. Reprezentowaliśmy jakiś wylosowany kraj (pamiętam, że raz była to na pewno Finlandia, a raz chyba Nigeria), pisaliśmy wcześniej rezolucję w języku angielskim (rodzaj formalnego pisma, w którym opisujesz stan faktyczny i wymieniasz propozycje działań) na zadany temat. Raz było to rozbrojenie (disarmament), a raz obrzezanie kobiet (women circumcision). Tematy trudne i nie każdy licealista myśli na ten temat, a zwłaszcza po angielsku. Była to świetna okazja, aby poznać ciekawe słownictwo, porozmawiać w języku angielskim i zobaczyć inne kraje. Najpierw byłam na takiej konferencji w Alkmaar w Holandii. Mieszkaliśmy u rodziny holenderskiej, pamiętam osiedle dokładnie identycznych domków i oglądanie "Władcy Pierścieni" po angielsku z wielkimi niderlandzkimi napisami. Później byłam w Berlinie - chyba 2 razy na tzw. BERMUN. Na takim wyjeździe okazuje się dopiero, czy potrafisz poprosić o żelazko, zapytać o wieszak i pochwalić ładne firanki. Mieszkając z host family poznajesz język codzienny, bo rozmawiasz o obiedzie i o planach na cały dzień.

Wszystkie inne przedmioty sprawiały mi dużą trudność i frustrowało mnie to, że muszę uczyć się wszystkiego, a i tak pójdę na filologię angielską. Fizyka, chemia, matematyka - to była męka i nie wiedziałam, po co mam tracić na to wszystko czas.

Pamiętam, że w III klasie ze znajomymi wiele rozmawialiśmy #CoPoMaturze. Pewnego dnia, nie pamiętam, czy w ramach jakiś wagarów, czy mieliśmy jakiś wolny dzień, pojechaliśmy w kilka osób do metropolii górnośląskiej (w tym przypadku do Sosnowca i Katowic). Pamiętam, że poszliśmy jeszcze do kolegium nauczycielskiego przy UŚ i chyba też na filologię na UŚ. Byliśmy też na wydziale geografii UŚ, bo kolega myślał o studiowaniu geografii. Wzięliśmy jakieś ulotki, ale zbyt wiele się nie dowiedzieliśmy.

Liceum to również czas, kiedy zdobywał moje pierwsze doświadczenia w... nauczaniu. Pamiętam, że pomagałam w lekcjach moim młodszym sąsiadom, a także uczyłam kilka czwartoklasistek. Było to dla mnie cenne doświadczenie, bo miałam komuś młodszemu wytłumaczyć Present Simple i musiałam się do tego przygotować, czyli powtórzyć i usystematyzować wiedzę, którą sama posiadam. Don't get me wrong, teraz Present Simple tłumaczę nawet przez sen, ale wtedy, dla mnie jako 17-latki było to nie lada wyzwanie :)

A później zakwitły kasztany i nadeszła...

2. MATURA

Matematyka jeszcze nie była obowiązkowa, a więc zdawałam język polski - na poziomie podstawowych i rozszerzonym, język angielski - na poziomie podstawowym i rozszerzonym oraz historię sztuki - na poziomie podstawowym i rozszerzonym. To tyle. Ustny z polskiego i angielskiego. Dużo stresu, ale z perspektywy czasu wiem, że nie taki diabeł straszny, jak go malują :)


3. PIERWSZE TAK DŁUGIE WAKACJE

Zaraz po zakończeniu roku mieliśmy dostać świadectwa maturalne z wynikami. Miało to być w poniedziałek po zakończeniu roku, a na wtorek miałam już kupiony bilet do Anglii, gdzie od niedawna mieszkał mój brat. Jednak w poniedziałek dostaliśmy tylko wyniki na liście, a świadectwa miały być następnego dnia. Samolot był o 6.00 rano. Trudno, zostawiłam upoważnienie mamie i to ona odebrała moje świadectwo, ja miałam je w rękach dopiero 3 miesiące później.

W Anglii całe wakacje pracowałam w różnych miejscach, przede wszystkim przez agencje pracy tymczasowej. Poznałam wielu ludzi, którzy przyjechali z Polski szukać lepszych perspektyw finansowych na Wyspach. To było moje pierwsze poważne zderzenie z językiem angielskim. Mieszkałam w okolicach Bristolu i Walii, gdzie akcent baaaardzo różni się od standardowego RP z BBC. Przez pierwsze 2-3 tygodnie w większości nie rozumiałam, co ludzie do mnie mówią :D Dopiero gdy osłuchałam się z tym akcentem, zaczęłam rozumieć wypowiedzi.

Były to prace fizyczne, czasami na nocne zmiany (wtedy zarabiało się najwięcej), na nadgodziny i w weekendy. Po raz pierwszy pracowałam 8 godzin, czasami nawet 10. Poczułam, jak to jest iść na 2 15-minutowe przerwy, aby coś zjeść. Pracowałam w przetwórni krewetek, serów, drukarni pudełek itd. Praca nie była trudna - pakowanie pudełek z krewetkami do kartonów, oklejanie pudełek, układanie ich na paletach. Trudnością było to, że trzeba np. cały czas stać, cały czas być skupionym, aby sprawdzać, czy naklejki są dobrze naklejone i wydrukowane, a już najgorsze było, gdy trzeba było sobie znaleźć coś do robienia, w momencie, gdy tej pracy nie było, bo na przykład zepsuła się maszyna, albo nie było towaru. Wówczas zamiataliśmy, szukaliśmy jakiś pierdół, które można przenieść/poprawić itd. Nuda w pracy jest najgorsza.

Z pozytywnych rzeczy pamiętam swoje pierwsze wypłaty, nie miałam wtedy konta bankowego w Anglii, dlatego co tydzień dostawałam czek, z którym szłam do banku i wymieniałam na żywą gotówkę. Tygodniowo było to około 200 funtów, czasami więcej, w zależności od zmiany (night shift, afternoon shift), nadgodzin (overtime) itd. Byłam w stanie odłożyć sporą sumę, a po powrocie kupiłam za tą kwotę laptopa i zostało mi na studia. Myśl, która mi wtedy towarzyszyła to to, że pracuję tutaj tylko do końca września, a później zaczynam studia. Nie muszę pracować w ten sposób do emerytury. Bo była to jednak bardzo odmóżdżająca praca, przez 8h nie było czym zająć swojego mózgu, pamiętam, że strasznie się męczyłam. I to nie tym, że coś trzeba było robić fizycznie, tylko tym, że nie mam styczności z żadną twórczą formą pracy. Moja kuzynka, a pracowałyśmy czasami tam razem, miała podobne przemyślenia. To doświadczenie pokazało mi, że nie jest to praca dla mnie i nie chcę się w ten sposób męczyć.

4. STUDIA 1
FILOLOGIA ANGIELSKA - LINGWISTYKA STOSOWANA

Wróciłam z Anglii chyba w sobotę, jeszcze w piątek pracowałam, a w niedzielę byłam już w Krakowie ze wszystkimi manatkami. Zamieszkałam pod samym Wawelem, w kamienicy, w pokoju z 2 innymi dziewczynami, które też przyjechały do Krakowa, aby się uczyć. Studiowałam w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. J. Tischnera, w czasach, gdy rektorem był jeszcze Gowin (tak, ten). Pamiętam pierwsze zajęcia, to było PNJA - 1,5h w całości po angielsku, a ja rozumiałam wszystko. To było wspaniałe uczucie. Nie był to dla mnie szok, że wszystkie zajęcia są po angielsku, wręcz przeciwnie - bardzo mi się to podobało :) Dużą zmianą była długość zajęć - właśnie 1,5 h. Nowością były wykłady (prawie wszystkie po angielsku, tylko filozofia po polsku). Ciekawostką było dla mnie też to, że tak naprawdę nie muszę iść na zajęcia i mama nie musi mi pisać usprawiedliwienia ;) Chociaż ja na zajęcia zazwyczaj chodziłam, bo większość wykładowców lubiłam, niektórzy mnie fascynowali, a wiedza, którą przekazywali była niezwykle ciekawa i odkrywcza. Poza tym, słyszałam, że różnie to jest na innych kierunkach, ale my mieliśmy sprawdzaną obecność na wszystkich zajęciach i wykładach, a dopuszczalne były tylko 2 nieobecności, więc to od nas zależało, kiedy je wykorzystamy.

Zajęć było dużo, najtrudniejszy przedmiot - chyba na wszystkich filologiach to PNJA - Praktyczna Nauka Języka Angielskiego, swoiste combo, bo było tam czytanie, pisanie, słuchanie, mówienie, w niektórych semestrach również fonetyka, czy gramatyka. Oprócz tego zajęcia z literatury UK i USA, historii tychże, gramatyki opisowej, gramatyki historycznej, również zajęcia z języka polskiego, integracji europejskiej, czy właśnie filozofii. Brakowało mi zajęć z łaciny, dopiero rocznik młodszy miał obowiązkową łacinę. Uważam, że mimo że to język martwy to jednak przydaje się zarówno w nauce angielskiego, jak i języków romańskich. Chodziłam na łacinę z młodszym rocznikiem, ale oceny nie dostałam, lecz przynajmniej poznałam podstawy.

Z wykładowców, którzy najbardziej zapadli mi w pamięć mogę wymienić m.in. profesora Tadeusza Sławka, dr Beatę Piątek, czy dra Michała Bardela. Z perspektywy czasu myślę, że bardzo ważne jest, aby mieć na studiach charyzmatycznych wykładowców, na których wykłady aż chce się chodzić, nawet gdyby były po imprezie o 8.00. Tacy wykładowcy są po to, aby nas studentów zapalać i inspirować... 

5. PRACA 1

Wraz z końcem czerwca, złożeniem pracy licencjackiej o tłumaczeniu napisów do filmów na podstawie "Władcy Pierścieni" i zaliczeniem wszystkich przedmiotów wyjechałam z Krakowa do... Łodzi. Nie znałam tego miasta, wcześniej byłam tu tylko przejazdem, ale ta decyzja podyktowana była sercem ;) Szybko udało mi się znaleźć pracę na Piotrkowskiej w biurze tłumaczeń. Z tym, że za 8, a czasami więcej godzin pracy dostawałam jakieś symboliczne 700 zł, a zatrudniona byłam na... umowę o dzieło. Dzisiaj już bym się na to nie zgodziła, bo to jest nielegalne :D Robiłam tam drobne tłumaczenia, odpowiadałam za kontakty z klientami, sprawdzałam również tłumaczenia. Dołączyła do nas również jeszcze jedna dziewczyna po filologii i zrobiło się ciasno. Ze względu na stres i zbyt dużą ilość pracy w przeliczeniu na pieniądze popełniłam pewien błąd w szacunkach ceny za tłumaczenie i to był główny powód, dlaczego nie przedłużono mi umowy, z czego się bardzo cieszę, ale wtedy było mi żal. W międzyczasie pojechałam też do Krakowa obronić moją pracę licencjacką :)

6. PRACA 2

Po pracy w biurze tłumaczeń szybko znalazłam kolejną pracę. Było to tuż przed kryzysem w 2008 roku. Później było już coraz gorzej.

Zostałam asystentką zarządu, najpierw pracowałam przez agencję Manpower. Dostawałam całkiem dobre wówczas pieniądze. Po przejściu na umowę o pracę bezpośrednio z firmą miałam w sumie trochę niższe wynagrodzenie niż przez agencję, ale to i tak były wówczas dobre pieniądze. Teoretycznie miałam tam zajmować się tłumaczeniami specjalistycznymi, miałam również wyjeżdżać na międzynarodowe konferencje. Na obietnicach właściwie się skończyło. Nie raz zastępowałam sekretarkę przy odbieraniu telefonów, sporządzaniu pism i parzeniu kawy. Z tym że - nikogo nie obrażając - sekretarka była ledwo po liceum i zastanawiałam się, podając tą kawę (z mlekiem czy bez?), po co były mi te studia? Czułam się tam coraz gorzej, nie widziałam sensu tej pracy. Atmosfera była też niezbyt fajna. Ludzie obgadywali i donosili za plecami. Na początku byłam chwalona przez zarząd, jednak później okazało się, że była to tylko sztuczka manipulacyjna, bo zaczął się mobbing. A cały czas myślałam o rozpoczęciu innych studiów, o których po raz pierwszy pomyślałam studiując filologię angielską. Była to... filozofia. Odeszłam, mimo że chcieli, abym została, podając głupie argumenty, a ja już byłam przyjęta na studia i wiedziałam, że zaczynam nowy rozdział. Pamiętam, że przed złożeniem wypowiedzenia miałam straszne wyrzuty sumienia, co jest pozbawione logiki...

Odeszłam i spaliłam za sobą wszystkie mosty łączące mnie z tą pracą. Jeszcze przez pół roku miałam koszmary z ludźmi z tamtej pracy. Trafiłam na książkę o szantażu emocjonalnym i zaczęłam rozumieć, że był to mobbing, zastraszanie i właśnie szantaż emocjonalny. Od tamtego czasu minęło już 8 lat, w międzyczasie spotykałam kilku byłych pracowników, którzy opowiadali mi, co działo się po moim odejściu. Wiele osób odeszło itd.

7. STUDIA 2
FILOZOFIA

Zaraz po tej pracy zaczęłam studia dzienne na filozofii. Było to duże wyzwanie, bo znowu ze wstawania codziennie do pracy i zarabiania w miarę fajnych pieniędzy co miesiąc przestawiasz się na wstawanie na wykłady i utrzymywanie się z korepetycji. Jednak te studia to była moja miłość. Po raz pierwszy większość egzaminów miałam ustnych, uczyłam się dość dużo, ale sprawiało mi to przyjemność. Poznawałam poglądy poszczególnych filozofów, nurty filozoficzne, a także poszczególne działy - etyka, epistemologia, ontologia, logika itd. Pisaliśmy dużo pracy, co też było dla mnie nowością, bo do tej pory pisałam tylko po angielsku. Studia były bardzo kameralne, po pierwszym roku dużo osób odpadło albo przeniosło się na inne kierunki i zostali najwytrwalsi. Nadal uwielbiam te studia i gdybym mogła, w ogóle bym ich nie kończyła, tylko cały czas studiowała :) Obroniłam licencjat i poszłam na studia magisterskie, bo to było jasne, że chcę dalej się uczyć.

8. STUDIA 3
FILOLOGIA ANGIELSKA

Jeszcze będąc na studiach licencjackich z filozofii rozpoczęłam studia magisterskie dzienne na filologii angielskiej. Był to bowiem ostatni rok przed zmianą, która wprowadzała odpłatność za drugi kierunek studiów (później to zostało zniesione). Trochę trudno było ułożyć plan, zwłaszcza, że wydziały były wtedy oddalone od siebie o około 30 min jazdy tramwajem, a ja dodatkowo robiłam 2 specjalizacje nauczycielskie (bo nadrabiałam ich brak z licencjatu) na filologii :D Wychodziło na to, że czasami nie tylko powinnam się zbilokować, ale chyba ztrilokować ;) Ale udało się. Z wieloma wykładowcami dało się dogadać, wykorzystywałam 2 nieobecności i jakoś to szło. Choć było trudne.

Zaliczyłam wszystkie przedmioty, ale już na napisanie pracy magisterskiej nie wystarczyło mi siły. Dlatego moją pracę magisterską obroniłam dopiero po 3,5 roku, 14 lutego 2018 roku :D Ale zrobiłam to!

9. STUDIA 4
FILOZOFIA

Zaraz po ukończeniu studiów licencjackich na filozofii poszłam za ciosem i zaczęłam studia magisterskie. Jeszcze na studiach licencjackich działałam w Kole Filozofów, przez rok pełniłam nawet funkcję sekretarza. To wtedy zaangażowałam się w nauczanie metodą Lego-Logos, przyjechał do nas Jarosław Spychała, twórca tej innowacyjnej metody i nauczył nas jej. W ogromnym skrócie polega na wykorzystaniu klocków Lego przy interpretacji tekstów filozoficznych. Wraz z koleżanką i kolegą przeprowadziliśmy wiele zajęć Lego-Logos z dziećmi, młodzieżą, studentami i dorosłymi. W sumie ponad 300 osób. Napisaliśmy też wniosek do Budżetu Obywatelskiego Łodzi i... wygraliśmy w drugim rzucie! Za te pieniądze kupiliśmy klocki Lego, aby w końcu mieć swoje. Później startowaliśmy też w Uniwersytecie dla Dzieci ULEK i również wygraliśmy pieniądze na przeprowadzenie zajęć. Taka działalność w kole naukowym to było ciekawe doświadczenie.

Studia filozoficzne skończyłam wcześniej niż filologię. Pisałam o... zombie filozoficznym i qualiach, eksperymencie myślowym współczesnych filozofów analitycznych. W międzyczasie złamałam nogę, więc moja obrona musiała być przesunięta, ale broniłam się również w lutym, w roku 2017.

10. CERTYFIKAT TEFL

O certyfikacie pisałam już tutaj: Gdzie zrobić certyfikat TEFL + recenzja, tutaj: Podsumowania, plany... i tutaj: TEFL w pytaniach i odpowiedziach. Chwilowo jeszcze nie wykorzystałam tych uprawnień, ale gdybym wyjeżdżała do krajów nieanglojęzycznych, to certyfikat rozpoznawany na całym świecie na pewno pomógłby mi w znalezieniu pracy. Zastanawiam się, czy to dobra opcja dla maturzystów? Aby od razu po maturze, znając dobrze angielski, zrobić sobie taki kurs i wyjechać choćby na gap year.

Czy czegoś żałuję? Widzę, że wszystkie doświadczenia doprowadziły mnie do tego momentu. Posiadam worek doświadczeń, wiem, na co zwracać uwagę w poszukiwaniu pracy. Chwilowo nie mam ochoty już zaczynać kolejnych studiów, bo nie lubię wszelkich deadline'ów, kolokwiów i prac pisemnych. Nie żałuję, że studiowałam prawie przez 13 lat. Nie żałuję, że wybrałam właśnie takie kierunki studiów. Od początku chciałam je studiować, choć momentami było trudno, jednak dały mi wiele satysfakcji. Jeśli chodzi o filozofię to nikt nie idzie na te studia z zamiarem zostania sławnym filozofem z brodą i w prześcieradle. Są to studia bardziej nakierowane na samorozwój i głębszą refleksję nad życiem. Tego samorozwoju i satysfakcji z Waszych wyborów Wam życzę.

Podstawowe pytania, które warto sobie zadać w ramach zastanawiania się #CoPoMaturze:

1. Czy chcesz studiować dla przyjemności czy aby zdobyć umiejętności/zawód?

2. Czy masz wymarzony zawód i wiesz o nim sporo? Czy wiesz, co należy zrobić, aby zostać zatrudnionym w tym zawodzie?

3. Czy chcesz studiować czy raczej musisz?

4. Czy najbliżsi rozumieją Twoje wybory, czy służą Ci wsparciem i radą?

5. Czy rozważyłaś różne uczelnie pod wieloma kątami? Pamiętaj, że pewnie wiąże się to z dojazdami/przeprowadzką do innego miasta, pomyślenia o sposobach finansowania itd.

Jeśli macie jakieś pytania lub komentarze - śmiało piszcie pod tym postem :) Możecie sami również dołączyć do akcji #CoPoMaturze i opowiedzieć swoją historię.

Jeśli chcecie być na bieżąco z nowymi wpisami - dołączcie do fanów mojej strony na Facebooku. Obserwujcie mnie również na Instagramie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz